ARCHIWUM
srsprzemysl.pl


Kazimierz Wiśniowski - Z pianą na ustach


Skończyła się pewna epoka
w przemyskiej piłce ręcznej.

Kazimierz Wiśniowski
przeszedł na sportową emeryturę
.
 
 
 
 KAZIMIERZ WIŚNIOWSKI
Urodzony:1961 rok   Wzrost:176 cm    Waga:90 kg   Ksywa: Kazek
Pozycja: środek rozegrania   Rekord:8 goli ( II liga ) 10 goli ( I liga )
Kluby: Czuwaj Przemyśl, STV Siegburg ( VI liga niemiecka )



Piłce ręcznej poświęcił bez mała ćwierć wieku. Był jedynym szczypiornistą starej gwardii Czuwaju Przemyśl, który przeszedł z zespołem drogę od III ligi do ekstraklasy. Mimo ogromnych kłopotów organizacyjnych klubu trwał w przemyskim zespole. Smutnego momentu wycofania się "kolejarzy" z ligi nie doczekał, bowiem w styczniu 1999 roku powiedział w końcu pas. Mecz z Parią Szczecin, w którym uzyskał 4 i 10 bramek, był godnym pożegnaniem KAZIMIERZA WIŚNIOWSKIEGO z piłką ręczną.


Jak się czujesz po kilku miesiącach bez gry. Nie masz przypadkiem ochoty wrócić na parkiet?

Nic z tych rzeczy. Powiem krótko wreszcie odpoczywam. Byłem psychicznie wykończony sytuacją w klubie. Odreagowuję lata stresu, wysiłku, ale przyznaję, że nie spodziewałem się, iż rozstanie z piłką przejdzie tak bezboleśnie. Być może to się zmieni. Możliwe, że wsiądę na rower gdzieś pobiegam i znowu poczuję zew.

Nie powiesz chyba, że w ogóle nie interesujesz się sportem.

Pasjonuje mnie wyczyn, ale w wydaniu młodzieżowym. Starszy, 14 letni syn Piotr gra w koszykówkę w szkole sportowej pod okiem trenera Zamirskiego i idzie mu całkiem nieźle, młodszy 11 letni Łukasz, jest w grupie młodzieżowej piłki ręcznej.

Meczami z Parią zakończyłeś przygodę z piłką ręczną. Nie mogłeś poczekać z rezygnacją? Na początku roku zorganizowano w klubie spotkanie. Naiwnie oczekiwałem, że działacze przedstawią nam jakieś propozycje, będą się starali przekonać zespół, by dograł do końca ligi. Zamiast tego usłyszeliśmy pretensje, zarzuty, że nie wszyscy przychodzą na treningi itd. Nikt nie próbował w jakikolwiek sposób umotywować zespół do gry, zespół, w którym nie było już żadnego powietrza. W takiej sytuacji nie widziałem sensu, by ciągnąć to dalej.

Tym bardziej, że w grudniu ubiegłego roku powiedziano nam, że jeśli sekcja nie znajdzie funduszy na dalsze funkcjonowanie, w styczniu otrzymujemy karty na rękę. Kiedy przyszedł początek roku nastąpiła cisza w sprawi, choć pieniędzy nie było. Zrozumiałem, że działacze nie mają odwagi cywilnej, aby powiedzieć nam: panowie to już koniec, nie ma sensu ciągnąć tego wózka. Przed meczem z Lubinem drużyna nie wytrzymała, odmówiła wyjazdu, ale mam wrażenie, że pracownikom sekcji chodziło właśnie o to, aby ta decyzja wyszła od zespołu....

...... który praktycznie już nie istniał.

Zgadza się. Chciano, abyśmy wyruszyli do Lubina w siódemkę. To niedorzeczne. Dodajmy, że do końca sezonu musieliśmy zagrać 14 spotkań. Z taką kadrą zakrawało to na szaleństwo.


Zerwałeś z klubem, ale czy nie zostało tam trochę Twoich pieniędzy?

Sekcja Autonomiczna Czuwaju jest mi winna pokaźną kwotę, zresztą nie tylko mi. Mam sprawę w sądzie odnośnie do poborów, gdy moim pracodawcą był KKS Czuwaj. Również chodzi o parę ładnych milionów. Biorąc to pod uwagę dziwię się, że ludzie, którzy działali w sekcji, starają się za wszelką cenę sprawić, aby klub spadł jedynie do II ligi. Po pierwsze, w tej klasie trzeba też mieć niezły zespół, po drugie, tu także nie brakuje dalekich wyjazdów, na które nie ma środków, po trzecie, jak stworzyć drużynę z siedmiu, ośmiu graczy, jak można sprowadzić zawodnika, jeżeli nie uregulowano należności wobec tych, którzy grali w I lidze.

Drużyna zatoczyła koło. Od III ligi stopniowo pięła się w górę, by na koniec spaść na dno. Dwa lata temu była euforia, dziś nie ma zespołu. Czy musiało się to tak skończyć?

Nieszczęściem Czuwaju jest fakt, że działacze, może i pasjonaci, może i porządni ludzie, nie mają jednak siły przebicia, nie mają jednak siły przebicia, nie potrafią za wiele wynegocjować. Dobre chęci nie wystarczą w dzisiejszych czasach.


Jak wyglądał początek Twojej przygody z piłką ręczną?

Grałem już w szkole podstawowej w przemyskiej „dwójce”, pod okiem pani Elżbiety Dudek i od razu wiedziałem, że to jest to. W maju 1975 roku podjąłem pierwsze poważne treningi w grupie trenera Ryszarda Skoczylasa. Rozmawiamy więc w 24 rocznicę mojego spotkania ze szczypiorniakiem. To były inne czasy. Sprzęt renomowanych firm był niedostępny, coś tam próbował robić Polsport, a chińskie trampki uchodziły za profesjonalne obuwie.

Pomówmy o sportowych walorach i brakach.

Nie da się ukryć, nie imponuję warunkami fizycznymi. Mogę też uczciwie przyznać, że przez lata byłem typowym rzemieślnikiem, zawodnikiem od łatania dziur, musiałem szarpać, ”robić” karne. Dar do piłki to miał Janusz Tkaczyk, który był dla mnie sportowym wzorem. Właśnie od niego najwięcej się uczyłem. Moją mocną stroną była gra w obronie. Z latami nabyłem doświadczenia na pozycji środkowego, a najlepszy okres kariery zaczął się, odkąd skończyłem 30 lat. Dopiero wtedy zacząłem czuć tę grę.


Jakie mecze zapadły Ci w pamięci?

Dawno temu w Gdańsku graliśmy mecz z Piotrcovią o wszystko, czyli o wejście do II ligi. Grałem wtedy na pozycji środkowego, a rywale przyjęli taktykę polegającą na wyłączeniu bodajże trzech naszych zawodników. Trochę swobody miał tylko Wiesiu Wanat na skrzydle, ja i Marek Kalinowskina kole. Praktycznie przez 40 minut graliśmy trzech na trzech. Rzuciłem wtedy dziewięć bramek, a koledzy mówili, że w końcówce ze zmęczenia miałem pianę na ustach. Nikt jednak nawet nie próbował ze mnie żartować, bo traktowałem to cholernie ambicjonalnie i w razie jakichś docinek potrafiłem być przykry dla chłopaków. W I lidze nieźle zagrałem w przegranym meczu z Zagłębiem Lubin, kiedy trafiłem dziewięć razy do siatki, w ostatnim meczu z Parią trafiłem dziesięć goli i nazwano mnie nawet ojcem zwycięstwa. Jak widać czułem się nieźle do końca i mogłem to ciągnąć?.


Jak wspominasz swoich szkoleniowców?

Rozumieliśmy się z Piotrkiem Kroczkiem, który zresztą osiągnął niemały sukces, za jaki trzeba uznać utrzymanie się w I lidze. To młody trener, ale ma coraz lepszy warsztat i zupełnie nie przeszkadzało nam, starym repom, że nie ma iluś tam lat więcej. Trzeba było go zatrzymać wtedy w drużynie. Chciał zresztą pracować dalej z zespołem i po sezonie składał ofertę, ale oczekiwał konkretnej odpowiedzi. Panowie działacze wymyślili sobie trenera Gońciarczyka, który cenił się wysoko. Kiedy powiedział nie, Piotrek powrócił nagle do łask, ale, gdy zażądał tych samych 30 milionów co pan Gońciarczyk, usłyszał tylko „Coo? No wiesz!”.


Domyślam się, że nie dorobiłeś się na sporcie.

Nie mogło być inaczej, skoro w Czuwaju wychowankowie mieli zawsze najniższe stawki. Kiedyś wspierała nas kolej, jakoś to wyglądało, ale na początku lat 90 zaczęło się wszystko walić i dlatego wyjechałem do Niemiec. Miałem pracę, a popołudniu szkoliłem młodzież i występowałem w amatorskim zespole. Z tęsknoty za rodziną po dwóch latach wróciłem do Przemyśla. Dzięki pomocy życzliwych ludzi znalazłem stanowisko w Wojewódzkim Urzędzie Pracy. W samą porę podjąłem taką decyzję, bo gdybym liczył na pieniądz z klubu, miałbym już chyba komornika w domu. Majątku zatem na piłce nie zbiłem. Jeżdżę samochodem marki Polonez i długo nim jeszcze pojeżdżę.


W piłkę już nie grasz. Co zatem porabiasz po pracy?

Pasjonuje mnie wędkarstwo. Postanowiłem uzupełnić też wykształcenie, dlatego podjąłem naukę w Wyższej Szkole Administracji i Zarządzania. Idę do przodu, ale nie jest to łatwe i męczę się niesamowicie. Wolałbym jednak grać w piłkę ręczną.


Nie marzy Ci się pożegnalny mecz?

Każdy zawodnik marzy o czymś takim, ale wcześniej działaczy Czuwaju w sekcji piłki ręcznej należałoby nauczyć dobrych manier. Nie tylko ja mam prawo myśleć o takim meczu. Jak wiesz, był ktoś taki jak Janusz Tkaczyk. Ten to był zawodnik! Dla mnie człowiek - legęda, który powinien mieć pomnik na Czuwaju. Gdziekolwiek pojawiliśmy się ostatnio, zawsze słyszeliśmy pytanie, a gra tam u was ten Tkaczyk? Janusz napsuł krwi wielu zespołom. Dwa razy kończył, dwa razy wracał, a na koniec został usunięty z zespołu.


Tomasz Ryzner